Dariusz Małojło patrzy w obiektyw z łagodnym uśmiechem, w jesiennym parku, w ciepłym świetle słońca
Dariusz Małojło · twórca metody DMCO®

Uczę połączenia ze sobą, głębokiej obecności i relacji ze swoim oddechem.

Robię to od ponad dekady. Zaczęło się od ciała, które nie chciało puścić.

To, jak jestem dziś z drugim człowiekiem, wyrosło z tej drogi.

Ciało, które nie chciało puścić

Kiedy patrzę na zdjęcia z dzieciństwa, widzę radosne, aktywne dziecko. Dość szybko ten obraz zaczął się zmieniać. Jako kilkulatek stałem się smutny i przestraszony — najchętniej schowałbym się przed światem. Bałem się bawić z innymi dziećmi, każda relacja wymagała dużego wysiłku.

Dariusz Małojło jako małe dziecko, z wężem od odkurzacza uniesionym nad głową

Z czasem ciało stawało się coraz bardziej sztywne — nieadekwatnie do wieku. Mając pięć lat, nie potrafiłem usiąść po turecku. Stawy bolały, przewracałem się. Nikt tego wtedy nie nazywał. Czasem słyszałem, że jestem przewrażliwiony, a ja po prostu tak miałem. Wtedy nie rozumiałem, że emocje innych brałem za swoje.

To, co pozwoliło mi odnaleźć bezpieczną przystań, to był sport — najpierw piłka nożna, później koszykówka. Jasne reguły, zabawa i rywalizacja. Uwielbiałem to.

A w środku było napięcie, którego nie umiałem nazwać. Bałem się zwykłej rozmowy z drugim człowiekiem. Tak miałem, więc się przyzwyczaiłem.

Umysł, który lubił budować

Mój umysł jest bardzo plastyczny — uwielbia rozwiązywać problemy, budować i udoskonalać. Od klocków Lego po własne gry i zabawy. Być może to zaprowadziło mnie na Politechnikę Krakowską, gdzie ukończyłem dwa kierunki magisterskie i zostałem inżynierem.

Znalazłem pracę w przemyśle, gdzie mogłem robić to samo: budować, udoskonalać i rozwiązywać problemy. Plusy, minusy, zyski. Szybkie decyzje, czasem duża odpowiedzialność. Wszystko miało działać i być spójne. Byłem w tym dobry.

Przez trzydzieści dwa lata myślałem, że czuję.

Wolność odnaleziona w ruchu

Tuż po studiach poczułem impuls, że oprócz sportu potrzebuję czegoś nowego. Zapisałem się na taniec współczesny — i coś we mnie drgnęło. Pojawiła się radość wyrażania siebie, której wcześniej nie znałem.

Na zajęcia chodziłem codziennie: po całym dniu pracy wsiadałem w tramwaj i jechałem na współczesny, kontakt-improwizację, klasykę. Ciało miałem spięte, inaczej niż większość tancerzy. Czułem się jak kowal, który hartuje i wykuwa żelazo. Zrodziła się z tego pasja, która wyrastała ponad ograniczenia. Po drodze pojawiły się występy na scenie i w plenerze, teatr tańca i pierwsza własna choreografia, która zaprowadziła mnie na konkurs Solo-Duo w Budapeszcie.

Pierwszy raz w życiu poczułem wolność — że w ruchu jestem wolny. Jestem sam ze sobą, nic wokół nie ma i jestem wolny.

Na tle miękkich tancerzy każde zajęcia były walką z bólem. Kiedy chciałem usiąść po japońsku, nogi zatrzymywały się pod kątem czterdziestu pięciu stopni — i ani im się śniło zgiąć się bardziej. Nauczyciele byli zdziwieni i mówili, że trzeba się więcej rozciągać. I wtedy zauważyłem coś, co zostało ze mną na całe życie. Zacząłem słuchać siebie. Pojawiła się myśl:

Robię rzeczy odwrotnie niż mi się proponuje — i one dla mnie działają.

To nie był opór. Po prostu najpierw potrzebuję coś aktywować, ułożyć ciało — a dopiero potem się w tym rozciągać. Lata później dokładnie to stanie się pierwszym krokiem metody: najpierw połączenie i ułożenie, potem otwieranie.

Dariusz Małojło tańczy tyłem do widowni, z ramionami szeroko otwartymi w stronę muzyków. Zdjęcie czarno-białe.
„Zmysł”, performance muzyczno-taneczny, Festiwal Ars Cameralis, Bielsko-Biała. Fot. Marcin Buk

Osiem dni, po których nie było powrotu

Ze świadomym oddechem zetknąłem się pierwszy raz na warsztacie, kilka lat wcześniej. Pomyślałem wtedy: fajnie byłoby tak pracować z ludźmi. I ta myśl zniknęła.

Wracała przez kolejne lata, a ja ją odkładałem. W tle było zmaganie się z codziennością. Ciało dawało sygnały, których nie chciałem czytać.

Decyzja przyszła w szpitalu. Weekend sam, wśród ludzi w ciężkich stanach. Leżałem z tabletem w ręku, ze smutkiem i złością — i jednocześnie ze współczuciem do ludzi dookoła i do siebie. Pytałem siebie: co ja tu robię? Postanowiłem, że jadę — choćby nie wiem co.

Pojechałem na ośmiodniowy trening Biodynamic Breathwork & Trauma Release System. Byłem zupełnie z innego świata. Po pięciu minutach pierwszej sesji dookoła mnie były krzyki. Przeraziłem się.

Chciałem uciec po pierwszym dniu. Ale zostałem.

Drugiego dnia pierwszy raz poczułem siebie. I pierwszy raz poczułem miłość — do siebie, do drugiej osoby, do świata.

Wtedy zrozumiałem, co znaczyły te trzydzieści dwa lata. To, co dotąd nazywałem uczuciami, było nazwami bez pokrycia — emocje miałem opisane w głowie, a nieodczute w ciele.

Dla mnie wszystko było logiczne i zrozumiałe.

Z modułu na moduł przyszła praktyka i certyfikacja. Najpierw pojawiła się myśl: a może mógłbym zajmować się tym na co dzień? W końcu decyzja — wchodzę w to.

Po kursie zaczynałem bez niczego: ani jednego klienta, ani jednej współpracy. Było trudno. Przez wiele lat trzeba było orać — walczyć nie z rzeczywistością, tylko o siebie.

Tak wszedłem w świat pracy z oddechem — od strony praktyki, nie teorii. Zaproszono mnie do Beskidzkiego Instytutu Psychoterapii, najpierw do prowadzenia sesji, potem na wspólne spotkania kowizyjne. Przez blisko trzy lata byłem tam człowiekiem od oddechu wśród doświadczonych psychoterapeutów. Case studies, konkretni ludzie, konkretne procesy. Własne szkolenia brałem wtedy głównie z somatyki i z pracy z traumą.

W tym czasie asystowałem przy treningach i przy szkoleniach przyszłych facylitatorów BBTRS — czyli tam, gdzie wszystko się zaczęło. To była szkoła, której nie dałoby się przeczytać.

Odejście od fajerwerków

Wczesna praca była intensywna. Katharsis, głębokie wyrażanie emocji, fajerwerki na sali. Wyglądało to spektakularnie i działało. Przez jakiś czas wydawało mi się, że o to właśnie chodzi.

Potem zacząłem widzieć dwie rzeczy. Pierwsza: te procesy szły trochę na przepaleniu. Wymagały długiej integracji, a ludzie wychodzili otwarci w świat, który na to nie czekał. Dla niektórych było tego za dużo. Wiem to i pamiętam. Druga była o mnie. Klient wychodził, a ja zostawałem z ciężarem, którego nikt mnie nie nauczył nieść. Po mocnej sesji grupowej siedziałem trzy dni odłączony.

Ściągałem warstwy, które wziąłem na siebie. To była forma reakcji obronnej.

Z tego wyrosło wszystko, co robię dziś. Zacząłem szukać czegoś prostszego, mniej wysiłkowego, bardziej organicznego — procesu, który jest bezpieczny i nie wypuszcza ludzi pootwieranych w świat. Integracja miała się dziać w trakcie spotkania, nie po nim.

To nie jest łagodność jako styl prowadzenia. To wniosek z własnego przepalenia.

Metoda, która mnie zmieniła

Pierwszą Ceremonię Oddechu poprowadziłem 20 stycznia 2017 roku. Cała sekwencja — krąg, połączenie, ruch, oddech na leżąco, integracja, zamknięcie — pojawiła się kilka tygodni wcześniej. Razem z nią — playlista, którą do dziś proponuję instruktorom.

Uczestnicy pierwszej Ceremonii Oddechu siedzą w kręgu na matach, w ciepłym świetle sali.
Ceremonia Oddechu, Bielsko-Biała. Fot. Ewa Wolf

Zapisało się czternaście osób. Dwie godziny później poprowadziłem drugą — razem dwadzieścia osiem osób jednego dnia. Pierwszy raz prowadziłem grupę, a czułem się, jakbym robił to od dawien dawna. Byłem zaskoczony przebiegiem obu Ceremonii i tym, co przyniosły.

Przez kolejne cztery lata poprowadziłem około siedemdziesięciu Ceremonii. Jeździłem po Polsce i za granicą: centra jogi, domy kultury, festiwale, zabytkowy budynek w centrum Londynu, mała salka w Brukseli. Metody wtedy nie było. Był ja i moja Ceremonia Oddechu.

Formuła 5 Faz wyłoniła się z tej struktury później. Rozpoznałem ją, nie zaprojektowałem — to, co robiłem intuicyjnie, miało swoją logikę: regulację układu nerwowego, pole, relację.

Nie wymyśliłem tego — to przyszło do mnie. Kawałek po kawałku.

Nazwa szła tą samą drogą. Najpierw Ceremonia Oddechu, potem DM Ceremonia Oddechu — tak brzmiały pierwsze certyfikaty. I dopiero na końcu pojawiło się DMCO, a później jego rozwinięcie: Deep Mindful Cellular Oxygenation, głębokie i świadome dotlenienie komórkowe. Wiem — brzmi naukowo. Ten sam wzorzec, co przy Ceremonii i przy Formule: najpierw coś się pojawiało, a dopiero potem rozumiałem, co to jest.

Ucząc tej pracy innych, uczyłem się jej od nowa. Metoda, którą rozpoznałem, zmieniła po kolei wszystko, co o prowadzeniu myślałem.

Dzisiaj

Gdzie jestem teraz

Dariusz Małojło siedzi po turecku na poduszce i rozmawia z uczestnikiem. Obok gong i okno z widokiem na śnieg.

Od ponad dziesięciu lat prowadzę treningi, sesje i Ceremonie Oddechu: w Polsce, Belgii, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Islandii, Maroku, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Egipcie. Organizuję też wyprawy na Saharę, podczas których oddech spotyka się z przestrzenią i ciszą pustyni. Od 2022 roku uczę instruktorów. Kolejne osoby prowadzą już własne sesje.

Fala oddechu przestała u mnie być czymś, co się wykonuje. Stała się moją codziennością i wskakuje sama — w rozmowie, w saunie, w domu. Mniej praktykuję dziś na macie, a więcej w życiu.

Jeszcze niedawno nie mogłem usiąść po turecku. A teraz ludzie pytają, czy jestem joginem. Chodzi jednak o coś innego niż zakresy ruchu.

Mam dziś dostęp do siebie — i umiem towarzyszyć komuś, kto dopiero go szuka.

I właśnie tym chcę się dzielić.

Długo byłem takim zadaniowcem od zadań specjalnych. Dziś wiem, że to zawsze jest spotkanie dwustronne: idę za tym, co dzieje się w ciele drugiej osoby.

Obecność

Co wnoszę do spotkania

Wnoszę to, co sam w sobie wypracowałem — spokój, którego nie zakładam na godzinę jak roli. Ciało drugiego człowieka wyczuwa to szybciej niż słowa.

Nie oceniam tego, co się dzieje. Nie ma dobrze i źle; jest to, co danego dnia jest dostępne. Nie interpretuję cudzego doświadczenia i nie dokładam do niego swoich wyjaśnień.

Tak to widzę: prowadzący, który jest naprawdę obecny, tworzy przestrzeń, która sama pracuje. Moją rolą jest być tam uważnie i nie przeszkadzać.

Jeśli coś w tej drodze jest Ci bliskie

Każde z tych miejsc może być początkiem.

Spróbuj online

Regularna Praktyka Oddechu

Spotkania online, co kilka tygodni, około godziny. Udział bezpłatny.

Dołącz do najbliższego spotkania
Na żywo, w grupie

Wydarzenia

Sesje grupowe, Ceremonie Oddechu i treningi, które prowadzę. Aktualne terminy w kalendarzu.

Zobacz kalendarz
Jeden na jeden

Sesja indywidualna

Spotkanie w cztery oczy, stacjonarnie albo online. Zaczynamy od rozmowy, dalej prowadzi oddech.

Zobacz, jak wygląda sesja
W drodze

Podróże i wyprawy

Podróż do serca pustyni — wyprawa na Saharę w rytmie DMCO, od pustyni po ocean.

Poznaj podróż
Naucz się prowadzić

Kurs instruktorski DMCO®

Dla tych, którzy chcą wejść w tę pracę głębiej i towarzyszyć innym.

Poznaj kurs